środa, 19 kwietnia 2017

Tureckie referendum- o co tyle emocji?


Zwykle na moim blogu tematów politycznych unikam jak ognia. Jednak kwestia tureckiego referendum rozbudziła tyle emocji, że nie mogę przejść obok niej tak zupełnie obojętnie. Nasze media przedstawiają sprawę bardzo pobieżnie, dlatego postanowiłam uzupełnić tę lukę i odpowiedzieć na pytanie, jak przebiegało referendum i za czym właściwie zagłosowali Turcy.

Zacznijmy od tego, że głosowanie odbyło się przy pomocy prostych ostemplowanych dwukolorowych kart z napisem evet (tak) oraz hayır (nie). Nie było do nich dołączone żadne pytanie ani szczegółowe objaśnienie, założono po prostu, że ludzie informowani byli wcześniej i wiedzą, w jakich kwestiach głosują. Właśnie to rozwiązanie wywołało sporo kontrowersji (tak samo, jak uznanie za ważne pewnej partii nie ostemplowanych kart użytych podczas głosowania) i jest teraz podnoszona jako jeden z koronnych argumentów za unieważnieniem wyników referendum. 

Tutaj pozwolę sobie na pewną anegdotę- w lutym tego roku turecka para mieszkająca w południowo-wschodnim regionie Diyarbakır nadała swojemu synowi imię Evet ("tak") aby "podkreślić wagę nadchodzącego referendum i wezwać ludzi do głosowania na TAK ". Biedne dziecko....


Karta do głosowania (źródło: hurriyetdailynews)


Mały Evet w objęciach rodziców (źródło: hurriyetdailynews)



Referendum odbyło się 16 kwietnia (za granicą odpowiednio wcześniej) i wzięło w nim udział zaskakująco dużo, bo aż 84% uprawnionych (czyli jakieś 58 milionów osób). Według oficjalnych danych po podliczeniu głosów, 51,4% Turków głosowało na TAK, a 48,6% na NIE, czyli różnica między pulami głosów wyniosła 1,3 miliona osób. Co ciekawe, głosy na "nie" przeważyły w trzech największych tureckich miastach (Ankara, Stambuł, Izmir) i w europejskiej części Turcji, dominowały także w regionach profitujących z turystyki oraz regionach z silną mniejszością kurdyjską, a za granicą w USA. Głosy na "tak" to prawie cała środkowa Turcja i region Morza Czarnego, a także dwa główne zagraniczne bastiony, czyli Niemcy i Holandia.


Mapa wyników (źródło: hurriyetdailynews)


O co właściwie chodziło w referendum i dlaczego wzbudziło ono tyle emocji? W skrócie mówiąc oddający głos Turcy odnosili się nie do jednego prostego pytania lub kilku pojedynczych pytań, tylko do całego pakietu osiemnastu zmian konstytucyjnych. Określenie-klucz używane przez naszą prasę to "zmiana systemu z parlamentarnego na prezydencki", a kryją się za nim między innymi następujące rzeczy:
-  po wyborach w 2019 roku nastąpi zmiana systemu (o ile nie zostaną rozpisane wcześniejsze wybory), zniknie wtedy urząd premiera,
-  turecki prezydent nie będzie już musiał pozostać (przynajmniej teoretycznie) bezpartyjny, co w obecnej konstelacji politycznej daje duże prawdopodobieństwo, że obecny prezydent Recep Tayyip Erdoğan (wym. Redżep Tajip Erdoan !!!- podkreślam ten element, bo mało kto wymawia nazwisko tureckiego prezydenta poprawnie) ponownie obejmie stanowisko szefa rządzącej partii,
- funkcja prezydencka będzie ograniczona do dwóch kadencji, ale z możliwością przedłużenia na trzecią w razie nadzwyczajnych okoliczności (co dla obecnego prezydenta oznacza potencjalną możliwość rządzenia do 2029 roku),
- prezydent będzie mógł bezpośrednio nominować ministrów,
- wybory parlamentarne i prezydenckie odbywać się będą jednocześnie i co pięć lat,  
- prezydent będzie mógł mianować jednego lub więcej wiceprezydentów,
- wiceprezydenci i ministrowie będą mieć taki sam immunitet jak prezydent (czyli również za czyby nie związane z wykonywaniem obowiązków),
- znosi się wszystkie sądy wojskowe (poza sprawami dyscyplinarnymi) i oddaje sprawy wojskowe w ręce sądów publicznych,
- Najwyższa Izba Sędziowska zastąpiona zostanie Izbą Sędziowską i Wyborczą, jej przewodniczącym zostanie Minister Sprawiedliwości, a stałym członkiem podsekretarz z Ministerstwa Sprawiedliwości; z 13 członków czterech będzie nominowanych przez prezydenta, trzech przez parlament, pozostali przez Sąd Najwyższy i Radę Państwa,
- 12 z 15 członków Sądu Konstytucyjnego będzie nominowanych bezpośrednio przez prezydenta,
- 5 z 13 członków Sądu Najwyższego będzie nominowanych bezpośrednio przez prezydenta,
- prezydent będzie mógł tworzyć plan budżetowy, który następnie będzie akceptowany przez parlament,
- prezydent będzie mógł wydawać akty prawne z pominięciem parlamentu, w formie dekretów- z wyjątkiem kwestii dotyczących praw podstawowych i praw człowieka,
- prezydent będzie mógł ogłaszać lub przedłużać stan wyjątkowy bez akceptacji parlamentu,
- ilość parlamentarzystów zwiększona zostanie z obecnych 550 do 600, natomiast do 18 lat (z obecnych 25) obniżone zostanie bierne prawo wyborcze),
- 400 głosów parlamentarzystów będzie potrzebne, aby postawić prezydenta przez Sądem Najwyższym,
- w pewnych okolicznościach (niestety, nie odczytałam się, jakich) prezydent będzie mógł rozwiązać parlament.




Jak widać, było o co się bić. Każda z tych zmian jest sama w sobie dużym wyzwaniem dla zbalansowania systemu rządów w państwie, a wszystkie one skumulowane są dla mnie bardzo niepokojące. Turecka opozycja bije na alarm, media otwarcie mówią o "nowym sułtanie"(pamiętacie? z zapędów "sułtańskich" śmiałam się i ja w tekście o nowym pałacu prezydenckim TUTAJ), międzynarodowi obserwatorzy podważają prawidłowość przebiegu referendum. Jednak już za późno, tak naprawdę klamka zapadła, a retoryka "niech oni sobie piszą kłamliwe raporty i protokoły, my tutaj w Turcji wiemy lepiej co jest dla nas dobre, a oni powinni znać swoje miejsce zamiast się wymądrzać" brzmi podejrzanie znajomo. Co będzie dalej? Trudno ocenić, a ja nie chcę krakać. Jest mi tylko bardzo smutno, że Turcja, która tak wiele osiągnęła przez ostatnie sto lat, teraz wybrała zupełnie inną drogę.


10 komentarzy:

  1. W ogóle nie interesuję się polityką, staram się mieć jedynie pobieżne pojęcie o tym co się dzieje na świecie. Bardzo interesujący wpis, w zasadzie chyba zaspokoił moją potrzebę wiedzy na temat referendum w Turcji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całkowicie Cie rozumiem, mnie od polityki totalnie odrzuca, ale wydaje mi się, że pewne wydarzenia są na tyle kluczowe, że warto wiedzieć o nich nieco więcej. Cieszę się, że dałaś radę wytrwać przy moim wpisie :)

      Usuń
  2. świetny wpis, dużo się z niego dowiedziałam :) podlinkuje u siebie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję i cieszę się, że udało mi się zebrać te informacje w taki sposób, aby komuś się przydały. Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  3. Super wpis. Aby to lepiej zrozumieć, dobrze sobie wyobrazić demokrację jak budynek wsparty na 3 filarach - 1. wladza sądownicza (niezależne sądy, kontrola)2. władza wykonawcza (prezydent&premier, wykonujący prawo ) 3. władza ustawodawcza (niezależny parlament uchwalający prawo). Każde majstrowanie przy którymkolwiek filarze, osłabia całość. O ile te zmiany na początku listy jeszcze mieszczą się w kanonie demokratycznych zmian ustrojowych, o tyle im bliżej końca listy tym gorzej - dekrety prezydenckie to zachwianie balansu władzy ust.vs wykonawczej; mianowanie sędziów przez prezydenta (wł.wykonawcza vs. sądownicza, zresztą podobne historie na mniejszą skalę dzieją się w Polsce). W praktyce równowaga władzy przestaje istnieć, demokracja to przeszłość, a zaczyna się dominacja jednej władzy, tutaj prezydenckiej czyli autokracja. W takim przypadku, prezydent może więcej niż ktokolwiek, nie ponosi przy tym żadnej odpowiedzialności - już po tych zmianach widać, żę nie może być np. w żadnym wypadku pozwany dajmy na to za zdradę stanu , bo przecież sam wybiera sędziów, a oni go o nic nie oskarżą. Sam może sobie pisać prawo i pozbywać się opozycji według własnego życzenia. Biorąc pod uwagę dotychczasowe wydarzenia, ryzyko kolejnego puczu rośnie, a paranoja i strach przed obaleniem będą skutkować dalszymi represjami prasy i opozycji.

    Przerażające to i nie bez racji można postawic tutaj pytanie nam wszystkim: czy w demokratycznym referendum, można demokratycznie pozbawić kraju demokracji? Hitler zrobił podobną rzecz na mniejsza skalę w 1933, wydawałoby się zatem, że reakcja społeczności międzynarodowej powinna być. Zarzuty wobec referendum są również słuszne, jednak patrząc na ogólny kierunek zmian w Europie i USA(patrz Trump) nie jestem optymistką, że spotka się ta sprawa z międzynarodowym odzewem.

    Co do Niemiec, dziś czytałam komentarze w niemieckich gazetach - pojawiają się głosy, że Turcy powinni wrócić do Turcji skoro tak im się nie podoba demokracja. Inni zastanawiają się, dlaczego niemieccy Turcy głosując na SPD (partia lewicowa, czyli wspierająca integrację cudzoziemców, duże wsparcie socjalne dla bezrobotnych, migrantów itd.) oraz czerpiąc tyle profitów z państwa demokratycznego jakim są Niemcy - głosują w referendum na pozbawienie się demokracji?! To nie ma sensu. Za główną odpowiedź podawano fakt - w pozostałych krajach, tureckie diaspory to Turcy uciekający przed prześladowaniami lub Kurdowie z tureckim obywatelstwem. Natomiast Turcy mieszkający w Niemczech to głównie gastarbeiterzy, których rozumienie demokracji jest bardzo prymitywne. Ot, głosują na tych o których myślą, że im pomogą. No właśnie... myślą...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za tak obszerny komentarz, właściwie mogę się pod nim tylko podpisać!
      Z tymi niemieckimi Turkami to w ogóle jest chyba podobny problem, co z polską Polonią w Chicago- wyjechali z kraju dawno, nie mają z nim nic wspólnego bo korzystają z dobrodziejstw innego systemu, ale nadal koniecznie chcą decydować o rzeczywistości w "starym kraju", choć konsekwencji swoich głosów ponosić nie muszą. Cóż za luksus!
      Skojarzenie z 1933 rokiem też mi się nasunęło, choć nadal jeszcze staram się wierzyć, że to aż tak daleko nie pójdzie. Różnica w głosach jest na tyle niewielka (bo trzeba odjąć od całości głosy zagraniczne, od ludzi którzy do kraju wrócić nie zamierzają), że może ktoś jednak się na czas obudzi....

      Usuń
  4. Dzięki za ten tekst, bo słyszałam, że coś się dzieje, ale nie miałam pojęcia co. Tak czy siak słusznie czułam niepokój...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, staram się pisać o tych zmianach z dużą ostrożnością, bo nie ma co jeszcze wywoływać paniki- ale to prawda, coś się dzieje i raczej nie jest to coś dobrego, więc niepokój jest jak najbardziej uzasadniony.

      Usuń
  5. Dzięki za ten tekst, dość konkretny.
    Co do kartek "evet" i "hayir" bez żadnego wyjaśnienia dodam, że tak się w tureckich referendach głosuje od lat, także za poprzedniej władzy :) Jedną z przyczyn jest fakt, że w Turcji wciąż wielu wyborców niestety nie umie czytać (coraz mniej, ale jednak) i stąd też 2 różne kolory.
    Kiedyś było jeszcze tak, że głosujący po oddaniu głosu musieli kciuk umoczyć w atramencie - wtedy można było szybko zidentyfikować kto robi uniki od obowiązku obywatelskiego ;)

    Jako że mieszkam w Turcji nie poddaję się europejskiej atmosferze paniki. Czas pokaże jak będzie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, nie wiedziałam, ze w poprzednich wyborach też tak było, natomiast tak myślałam, że chodzi tu o ogromną ilość ludzi nie umiejących czytać.
      Ale tak serio, sądzisz że ludzie wiedzieli, na co konkretnie głosują? Bo dla mnie to była czysta manifestacja kto jest za Erdoganem a kto przeciw.
      Atmosferze paniki chyba się nie poddaję, ale jest mi smutno. A retoryka Erdogana o europejskiej "islamofobii" i o "nowych krucjatach" sprawia, że włosy mi się jeżą na karku. On bardzo sprytnie manipuluje faktami (ech, który polityk tego nie robi), nie wspominając, ile milionów euro europejskiej pomocy już do Turcji spłynęło, a pomimo tego standardy w wielu obszarach nie zmieniły się ani na jotę, nie osiągając wskazanych przez UE kryteriów. Jasne, Turcja ma prawo być zmęczona czekaniem u bram Europy, ale samo czekanie to trochę za mało... Smutno mi.

      Usuń