sobota, 30 kwietnia 2016

W starożytnym uzdrowisku


Jeśli pamiętacie mój styczniowy wpis o białych skałach (TUTAJ ), to przypominacie sobie zapewne, że obiecałam wtedy powrót do Pamukkale w zupełnie innej odsłonie. Właśnie dziś postanowiłam obietnicę tę zrealizować i zabieram Was do starożytnego miasta Hierapolis. Wycieczkę zaczynamy tam, gdzie skończyliśmy ją poprzednim razem, czyli na trawertynowej górze Jeśli myśleliście, że atrakcje już za Wami, to mocno się zdziwicie, bo prawdziwa przygoda dla wyobraźni dopiero się zaczyna! 

Najpierw trochę historii- lecznicze źródła i dogodne położenie sprawiły, że już około roku 500 p.n.e. w miejscu późniejszego Hierapolis istniało osadnictwo. W ręce Rzymian miasto trafiło w 133 r.p.n.e., a w ciągu kolejnych dwóch stuleci dwa razy niszczone było przez silne trzęsienia ziemi. Szczyt rozkwitu Hierapolis przypadał na II i III w.n.e., później przeszło pod władanie Bizancjum, a następnie Seldżuków i od XI w.n.e. powoli podupadało. Gwoździem do trumny było trzęsienie ziemi w roku 1354, po którym miasta już nie odbudowano, a mieszkańcy opuścili je na zawsze. Od 1887 roku rozpoczęły się wykopaliska i badania, które jednak dopiero prawie sto lat później doprowadziły do częściowej odbudowy największych zabytków tego miejsca. Prace archeologiczne trwają zresztą do dzisiaj, a Hierapolis od 1988 r. wpisane jest na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO.



Witaj kolejna starożytna przygodo!


Uczciwie mówiąc, kształt obecnego Hierapolis to zaledwie cień tego, czym miasto było kiedyś. Można jednak bez najmniejszego trudu wyobrazić sobie jego dawną wspaniałość, bo nawet to, co obejrzeć można współcześnie, jest imponujące. Pierwszym budynkiem, jaki widać po zejściu z trawertynów, są dawne łaźnie miejskie, w których obecnie znajduje się muzeum archeologiczne. Łaźnie wykorzystywały wody mineralne z pobliskich źródeł. Największe wrażenie robi teatr rzymski, którego widownia wkomponowana została w zbocze góry, a w 45 rzędach zasiadać mogło jednocześnie 10 tysięcy widzów. Scena była kiedyś dwupiętrowa, niestety zachowała się tylko jej dolna część, ale i tak przyciąga wzrok kamiennymi rzeźbami.



Ekspozycja przed muzeum archeologicznym

Teren teatru widziany od dołu wzgórza
Ten sam teatr w całej krasie- prawie jakby zaraz miało się odbyć przedstawienie!

Tyle zachowało się z dwupoziomowej sceny
Jedna z rzeźb dekorujących scenę

W pobliżu teatru znajduje się kilka mniejszych budowli, niestety nie wszystkie są opisane


Z teatru udać się można w kilka różnych kierunków, my pomimo upału poszliśmy dalej pod górę, aż do pozostałości po grobowcu i martyrium św. Filipa, czyli świątyni upamiętniającej tego męczennika. Według chrześcijańskich przekazów został on ukrzyżowany (w innej wersji- powieszony za ręce na słupie) właśnie w tym miejscu. Obecnie pochodzić można sobie między kamiennymi kolumnami, obejrzeć ślady religijnych symboli i pobiegać za jaszczurkami, które wygrzewają się tutaj na słońcu. Można też zejść ogromnymi schodami do dawnych wykładanych kamieniem alejek, przy których zachowały się nadal resztki starożytnych domostw.



Grobowiec św. Filipa

Ruiny martyrium św. Filipa

Jedna z ośmiu kolumn podtrzymujących dawniej sklepienie
Inskrypcja na ścianie martyrium



Takie jaszczurki towarzyszyły nam podczas zwiedzania


Wszystkie główne ulice były brukowane

Ślad po jednym z domostw

Niektórzy mieli naprawdę piękny widok z okna!


Płaskorzeźba przy jednej z ruin domów


Nasza dalsza trasa wiodła przez ruiny świątyń i domostw aż do centralnej arterii- ulicy Frontiusa. Z obu jej końców stoją dobrze zachowane  bramy, natomiast kiedyś wzdłuż ulicy stało wiele rzeźb i fontann. Woda płynąca z ciepłych mineralnych źródeł była zresztą głównym bogactwem dawnego Hierapolis i wierzono, że ma nie tylko właściwości uzdrawiające, ale nawet odmładzające. Dzięki systemowi rur doprowadzano ją do domów, łaźni i basenów, a do miasta przybywało wielu chorych mających nadzieję na uzdrowienie. Dobrze zatem miały się także wszelkie świątynie (spośród których największą popularnością cieszyła się świątynia Apollina), a kapłani liczyć mogli na hojne ofiary.



Ruiny świątyni Apollina


Brama Bizantyjska


Pozostałości kolumn przy ulicy Frontiusa


Budynek, w którym znajdowały się miejskie latryny


Imponująca Brama Domicjana
Budynek łaźni, później służący jako kościół

Agora


Idąc cały czas prosto, doszliśmy do kolejnego interesującego miejsca, czyli do nekropolii. Zachowało się tutaj całe mnóstwo grobowców (podobno ponad 1200- jest to największa tego typu nekropolia w Turcji), przy czym reprezentują one różne style i sposoby pochówku- od prostych kamiennych wnęk, przez tumulusy (okrągłe kopce), aż po duże grobowce rodzinne. Ciekawie wyglądają też bogato zdobione kamienne sarkofagi umieszczone na specjalnych podestach i górujące przez to nad resztą nekropolii. Wielkość cmentarza i jego różnorodność świadczy o tym, że niestety nie wszyscy kuracjusze doczekali się cudownego uzdrowienia w  mineralnych źródłach- niektórzy zostali w tym mieście już na zawsze.



Sarkofag na piedestale- pochówek w stylu VIP

Grobowce rodzinne
Tumulus

Jeden ze skromniejszych sarkofagów




Co mnie strasznie uderzyło, to fakt, że w dużej części Hierapolis prawie nie ma turystów. Większość ludzi robi sobie przechadzkę po trawertynach, czasami dociera do teatru, pstryka kilka fotek i wraca. Dla nas było to oczywiście fajne, bo mogliśmy buszować po starożytnościach do woli, ale ogólnie trudno jest mi zrozumieć, jak można odpuścić sobie tak niesamowite miejsce (tak, wiem, oczywiście nie jestem obiektywna, bo uwielbiam czasy starożytne, o czym pisałam już TUTAJ , w artykule opisującym zwiedzanie innego starożytnego miasta Afrodyzji). Nas z Hierapolis wygonił dopiero zachód słońca i był to kolejny piękny akcent pełnego wrażeń dnia.

Ostatni rzut oka na trawertyny o zachodzie słońca

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najpopularniejsze posty na blogu