wtorek, 27 września 2016

Reklamowy ból głowy


Jedną z pierwszych rzeczy, jakie uderzyły mnie w oczy, gdy przemierzałam ulice Ankary, były wszechobecne reklamy. Później to samo zaobserwowałam w innych tureckich miejscowościach, zatem sprawa nie dotyczy tylko stolicy, a ma znacznie szerszy zasięg. W Polsce też mamy z tym kłopot, ale jest on naprawdę niczym w porównaniu do tego, co dzieje się na tureckich ulicach. Zwykle panujący tu chaos potęgowany jest przez dziesiątki tablic i informacji umieszczonych we wszystkich dostępnych miejscach, bez żadnego klucza kolorystycznego czy graficznego. Ot, każdy sobie.

Nie mam pojęcia, czy w Turcji nie istnieje ktoś w rodzaju plastyka miejskiego, czy może ogólne zasady są inne, ale ten natłok wszelkiego rodzaju szyldów, bilbordów i mrugających tablic reklamowych jest po prostu porażający. Mam wątpliwości, czy w takim tłumie spełniają one swoją rolę, bo mnie raczej przyprawiały o ból głowy i oczopląs niż skłaniały do skorzystania z reklamowanych usług czy produktów. Znalezienie czegokolwiek w tym gąszczu napisów też wydaje mi się mało prawdopodobne. Ale cóż, może ktoś wpadł na pomysł, że łatwiej jest tak oklejać budynki niż remontować elewacje?








 



 
 
 

1 komentarz: