piątek, 20 stycznia 2017

Meczet meczetowi nierówny

 
Dzisiaj powracam do tematu meczetów- nieodłącznego elementu tureckiego krajobrazu, prawie zupełnie nie spotykanego w Polsce. Jeśli nie pamiętacie wcześniejszych wpisów z tego cyklu, to zapraszam:
"Co o meczetach wiedzieć należy" TUTAJ
"Co o meczetach wiedzieć należy cz. 2" TUTAJ





Do tej pory pisałam głównie o meczetach bardzo klasycznych, takich jakie z reguły przychodzą nam na myśl, gdy pojawia się ten temat. Muszę przyznać, że na początku dla mnie wszystkie meczety wyglądały podobnie i nie zauważałam jakichś szczególnych cech charakterystycznych. Musiał być minaret (jeden, dwa lub cztery) i doklejona do niego bryła budynku, to tyle. Jednak po jakimś czasie zaczęłam się dokładniej przyglądać tym budowlom (w sumie trudno się było nie przyglądać, skoro stoją czasem nawet co kilkaset metrów i właściwie gdzie by się nie rozejrzało, to w promieniu wzroku jest ich co najmniej kilka) i zaczęłam robić sobie swoją prywatną klasyfikację według różnych kryteriów, na przykład na podstawie bryły budynku, czyli:
- klasyczne wielkie budowle mające powalać swą okazałością,
- małe, osiedlowe z prostym dachem lub baniastą kopułą i jednym minaretem,
- wersje pośrednie wyglądające, jakby budowniczy sami nie mogli się zdecydować.


Edirne- jedna z najbardziej imponujących, prawie bajkowych świątyń


Ankara- klasyka w dwóch opcjach 


Konya: wersja pośrednia- meczet mocno urozmaicony architektonicznie
 
 
Ale meczety to nie tylko klasyka, bo we współczesnych tureckich miastach coraz częściej pojawiają się mniej lub bardziej udane próby nawiązania do nowoczesnych trendów architektonicznych. W kilku miejscach spotkałam meczety, które bardzo mocno mnie zaskoczyły- czasem tylko użytym materiałem, a czasem bardzo nietypową koncepcją całej budowli.



Okolice Afyonu- Niby klasyka, ale już w nowoczesnym opakowaniu


Derinkuyu- tak, ta iglica to minaret! Meczet znajduje się w klockowatym budynku obok.

Ankara, osiedlowy srebrno-złoty koszmarek z dużej ilości blachy i szkła

Afyon- chyba najfajniejszy meczet, jaki widziałam w Turcji



Natomiast o trzech ultranowoczesnych meczetach w Stambule tylko czytałam, ale na zdjęciach imponują swoją jakże oryginalną architekturą. Ten pierwszy, Sancaklar Camii, jest podwójnie nietypowy, bo w większości znajduje się pod ziemią! Więcej na jego temat poczytać możecie TUTAJ, na tureckim blogu Agaty.


Sancaklar Camii (źródło: internet)


Yeşilvadi Camii (źródło: internet)
 
Şakirin Camii (źródło: internet)



Nie zawsze meczety muszą być ogromne i szalenie oryginalne, aby przykuć uwagę. Bywa wręcz odwrotnie, te pokazane poniżej wydały mi się ciekawe właśnie dlatego, że były niewiarygodnie malutkie lub położone w nietypowych miejscach.



Bardzo częsty obrazek- meczet jakby na siłę wciśnięty między otaczające go osiedlowe budynki
(tak przy okazji- współczuję mieszkańcom w czasie wezwań do modlitwy!)

 
Çavuşin, malutki meczecik z tufowej skały

 
Ankara- zwykły dom z dobudowanym prowizorycznym minaretem


Gdzieś w Kapadocji- miejsce modlitw dla osób pracujących na polach



Jeśli podczas czytania początkowej części tego posta zaczęliście zastanawiać się, dlaczego meczety budowane są w tak niewielkich odległościach jeden od drugiego, to już spieszę z wyjaśnieniem- z definicji są one miejscem do modlitwy, a modlitwa według zasad Koranu ma odbywać się pięć razy dziennie, ale w porach ruchomych zależnie od cyklu obiegu słońca, a zatem na modlitwę wierni są wzywani. Wynika z tego prosty fakt- wezwanie do modlitwy ma być słyszane w każdym miejscu, gdziekolwiek taki wierny by się znajdował... no i tak na logikę nie może to być zbyt daleko. W dużych miastach, tam gdzie jest hałas lub meczety znajdują się w pewnym oddaleniu, poradzono sobie z tym problemem poprzez rozmieszczanie wzdłuż ulic głośników, z których płynie śpiew muezzina- na filmiku możecie obejrzeć, jak wygląda to w praktyce (głośnik znajduje się na balkonie na drugim piętrze).

Ankara

video
 
 
 


Afyon- wyraźnie widać, jak blisko siebie budowane są meczety.
Wyobraźcie sobie, jaka kakofonią to skutkuje w czasie wezwań do modlitwy!

 



wtorek, 10 stycznia 2017

Drugie urodziny bloga





Dzisiaj mijają dwa lata od chwili, gdy zaczęłam pisać tego bloga. Wiele się od tego czasu  wydarzyło, dlatego podobnie jak w zeszłym roku (TUTAJ), postanowiłam wykorzystać ten moment na podsumowanie najważniejszych rzeczy, które działy się na blogu przez ostatnie dwanaście miesięcy. 



 Od początku istnienia bloga
odwiedziliście mnie 61.718 razy,
z czego w ostatnim roku Waszych wizyt
było aż 41.788 -
bardzo Wam za to dziękuję!



Szczególną popularnością cieszyły się posty:
"Twoje imię powie, jaki jesteś"- o tureckich imionach - TUTAJ
"Turecki ślub w odcieniach czerwieni" - o zwyczajach ślubnych i weselnych - TUTAJ
"Dlaczego kebab nie zawsze jest kebabem"  - o różnych wersjach tureckiego kebaba - TUTAJ
"Autobusem przez Turcję" - o podróżowaniu tureckim autobusem dalekobieżnym - TUTAJ
"Stolica Turcji, stolica Tracji" - o pięknym mieście Edirne - TUTAJ
"Koty po raz trzeci-Muezza i Tombili" - o szczególnych tureckich futrzakach - TUTAJ


Najwięcej gości zaglądało na bloga z Polski, przybywaliście także z Niemiec, Rosji, USA, Turcji, Ukrainy, Belgii, Hiszpanii, Irlandii, Francji, Wielkiej Brytanii, Holandii, Chin, Kenii, Litwy, Singapuru, Kanady i Jordanii. 

Opublikowałam na razie 99 postów, co oznacza, że spotykamy się mniej więcej 4 razy w miesiącu. Dyskutowaliśmy poprzez 362 komentarze i każdy z nich bardzo mnie cieszy, bo oznacza, że czytacie z zainteresowaniem i chcecie wyrażać swoją opinię.

Blog przez ostatni rok trochę się zmienił, okrzepł, dojrzał, zyskał też wielu nowych Czytelników. Na stałe zagościły tu wpisy w ramach akcji "W 80 blogów dookoła świata" oraz projektów Klubu Polki na Obczyźnie. Jedno się nie zmieniło- choć w Turcji przez ten czas wydarzyło się wiele smutnych rzeczy, staram się nie zajmować ani polityką ani medialnymi spekulacjami, bo negatywnych i dołujących wiadomości mamy wystarczająco w mediach. Nie chcę pokazywać Turcji przez pryzmat zamachów, wybuchów i innych tragedii, bo nie tak wygląda kraj, który poznałam. Z punktu widzenia zwykłego człowieka Turcja to kraj bardzo niejednoznaczny, pełen kontrastów i krzyżujących się wpływów z różnych światów. I to właśnie staram się jak najlepiej opisać i pokazać.

Mam nadzieję, że zechcecie odwiedzać mnie również w nadchodzących miesiącach, bo jest jeszcze wiele rzeczy, które chcę tutaj pokazać i opisać. W planach mam również gruntowną modernizację bloga od strony technicznej, czyli nowy szablon i formę graficzną- będzie to dla mnie wielkie wyzwanie, ale czuję, że przyszedł na to czas.

Zapraszam Was serdecznie do kolejnych wizyt - do zobaczenia!

 
 

środa, 4 stycznia 2017

McDonalds kontra McKöfte


Post powstał w ramach "Projektu zimowego" Klubu Polki, podczas którego opowiadamy Wam o dziwnych i ciekawych zwyczajach kulinarnych z całego świata. W ostatnim wpisie Anna opowiadała o Wietnamie (klik), a już jutro Nika zaprosi Was do Francji (klik).


O zaskakującym tureckim jedzeniu pisałam już kilka razy- pamiętacie zapewne moją fascynację wątróbką ciğer, która zupełnie nie przypomina wątróbki (TUTAJ),  tureckim  faszerowanym ziemniakiem kumpir (TUTAJ) albo turecką pizzą pide (TUTAJ) czy szalonymi odmianami kebap (TUTAJ) popijanymi ayranem, czyli lokalną odmianą słonego jogurtu (TUTAJ). Pisałam też o tureckich słodkościach, takich jak lokum (TUTAJ), künefe (TUTAJ) i dondurma, czyli bardzo dziwnych lodach (TUTAJ).

Ale w Turcji fascynujące jest nie tylko, co się je, ale też gdzie i jak się to organizuje. Wiele razy stwierdziłam naocznie, że Turcy po prostu uwielbiają jeść. Ale z drugiej strony miastowi Turcy są wiecznie zajęci (nawet ci, którzy nigdzie nie pracują, i tak nieustająco są czymś zaaferowani i mają grafik dnia wypełniony po brzegi), a poza tym nie lubią ruszać się, jeśli nie muszą (co w wielkich miastach jest w sumie zrozumiałe, bo więcej czasu traci się czasem na dojazd niż na załatwienie sprawy). W związku z tym na poziom naprawdę wysoki wspięła się sztuka dowozu jedzenia do klienta. Praktycznie każda, nawet najmniejsza knajpa ma taką opcję, bo inaczej po prostu nie przetrwa na rynku. Zamówić można wszystko i o każdej porze- niezależnie, czy będzie to jedna kanapka, pięć kilo marynowanych śledzi, pojemniczek sałatki czy czterdzieści dwie porcje szaszłyka z różnymi dodatkami i ayranem- wszystko dojedzie pod wybrany przez nas adres zarówno w południe, jak i o północy. W dostarczonym zestawie będą też serwetki, plastikowe sztućce, kubeczki oraz obowiązkowo wilgotne jednorazowe chusteczki do przetarcia rąk i nie trzeba o nie prosić dodatkowo. Można zamawiać także ciasta, słodycze, a nawet owoce. Ha- nawet McDonalds czy KFC oferują zestawy z dowozem do domu!!! Rozwożeniem tego wszystkiego zajmują się z reguły młodzi chłopcy śmigający lotem błyskawicy na charakterystycznych skuterkach z wielkim bagażnikiem. Na takie skuterki strasznie trzeba uważać, bo potrafią wcisnąć się wszędzie, a chcąc ominąć korki nie zawahają się przed szybką jazdą chodnikiem czy środkiem bazaru. Bardzo zabawne jest obserwowanie biurowców w okolicach lunchu, kiedy taki strumyk podjeżdżających skuterków z jedzeniem wydaje się nie mieć końca, a urzędnicy zbiegają do recepcji, łapią swoje siatki i natychmiast znikają. Co ciekawe, taka opcja jest dużo popularniejsza niż np. jedzenie w biurowej kantynie, do której z reguły chodzą tylko wyjątkowi desperaci.


Bar sałatkowy na kołach w drodze do klientów

Niespodzianka- dowóz do domu gwarantują naprawdę wszyscy!

Jedzenie na skuterkach mknie po ulicach niezależnie od pogody


Zamówić można nie tylko lunch- ten piękny bukiet słodyczy właśnie dowieziono do biura



Inną fascynująca sprawą jest dla mnie popularność miejsc typu fast-food. Turcy przygotowują i podają jedzenie najczęściej w taki sposób, że aż się prosi powolne delektowanie się nim w gronie rodziny czy znajomych- wszystko wjeżdża na wielkich tacach lub w dużych misach i jest tak pokrojone, aby można się tym dzielić i dobierać sobie wszystkiego po trochu. Poza tym typowy posiłek składa się z kilku dań plus herbaty, kawy i deseru, zatem wydawałoby się, że głównie tradycyjne restauracje będą święciły tryumfy. A jednak na każdym rogu ulicy i w każdym centrum handlowym można spotkać fast-foody: stoiska z kebabami, köfte, szaszłykami, gorącą kukurydzą (która dla wygody często sprzedawana jest nie w kolbach, a w postaci kubeczka wypełnionego ziarnami), kumpirami, smażonymi rybkami w chlebie i czym tylko jeszcze człowiek zapragnie. I jak tu nie utyć przy tylu pokusach? Oprócz tego mamy też oczywiście fast-foody popularne na całym świecie, choć w czasem w nieco odmiennej wersji. Budki Burger Kinga, McDonaldsa,  i kilku innych tego typu producentów żywności (bo restauracjami tego przecież nie nazwę?) to widok, który w tureckich miastach spotkać je można czasem w bardzo zaskakujących miejscach i nietypowych wydaniach. Oczywiście wszystkie ich kanapki zawierają wyłącznie wołowinę lub kurczaka, żadnych dodatków wieprzowo-bekonowych się tam nie uświadczy. Czasami też w ramach uśmiechania się do lokalnego klienta mają w menu potrawy nazywane swojsko, jak na przykład "McKöfte" albo "McTurco" (serio!).



Fast-foody z tureckim jedzeniem to obowiązkowy punkt w każdej galerii handlowej


Jeden z zestawów


Budka z gotowaną kukurydzą sprzedawaną w kubeczkach i z łyżką

Tak, to okienko w ścianie to już cały McDonald's !

A co powiecie na to?

Za to Burger King w złocie i marmurach


Typowe menu z nietypowymi nazwami ;-)



Jeśli zainteresował Was nasz cykl, to linki do wszystkich wpisów w ramach "Projektu zimowego"  znajdziecie w Klubie Polki na Obczyźnie (klik). Serdecznie zapraszamy!